O planowaniu i fazach

Zauważ: Ten post napisałam ponad rok temu. Dziś już się tak nie czuję, ale wierzę, że może przynieść ulgę komuś, kto dziś tak ma.  

02/10/2020

Mam dziś dokładnie 30 lat, 9 miesięcy i 13 dni. W tym roku mija szósty rok mojego opóźnienia w realizacji planu MATKA. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jedyny plan w życiu, który się opóźnił, zmienił albo w ogóle nie powiódł (choć mam nadal nadzieję, że w tym konkretnym przypadku ciągle chodzi o ten pierwszy scenariusz). A zatem, dziesięć lat temu byłam pewna, że sześć lat temu będę po ślubie, będę mamą, będę pracować w przedszkolu albo powoli otwierać swoje przedszkole w tej pięknej kamienicy z ogrodem, koło szpitala. Nie miałam pojęcia z kim ten plan będę realizować, ale plan był. 

Chyba zawsze lubiłam mieć plan. Zresztą nauczyli mnie tego rodzice; żeby ich do czegoś przekonać, zawsze trzeba było mieć przemyślane od początku do końca, jak się to ogarnie. Znacie ten model? Nieważne czy chodziło o pójście na osiemnastkę do klubu, wybór studiów czy wyjazd na Erasmusa. Z realizacją bywało różnie, ale latami udawało mi się jakoś nie przyprawić ich o zawał. 

Sześć lat po niewykonaniu planu MATKA jestem w najlepszym momencie swojego życia. Od trzech lat jestem w świetnym związku, od czternastu miesięcy jestem narzeczoną, za osiem miesięcy mam zostać żoną. Od prawie ośmiu lat pracuje w fajnej firmie, robię ciekawe rzeczy i dobrze zarabiam. Śpiewam, mam dobrych przyjaciół i dużo miłości do siebie. 

Ale nie jestem mamą. Ciężko mi z tym nie dlatego, że nie wykonałam jeszcze planu. To nie zawiedziona ambicja perfekcjonistki, która miała wszystko poukładane, a życie postanowiło być życiem i porozrzucało kredki. Ciężko mi, bo czuję nielogiczną bezsilność wobec mojego ciała. Wiem (mój rozum wie), że nie do końca jestem bezsilna, bo tak naprawdę mogę i robię wiele: stosuję przepisane leki, dbam o dietę, więcej się ruszam. Ale uczucia rzadko są logiczne, chociaż tworzą się w tym samym miejscu, co rozumne myśli. Ciężko mi jeszcze dlatego, że odbieram sobie prawo do skargi. Tak naprawdę staramy się dopiero od zaręczyn. Tak naprawdę leczę się dopiero jakieś pół roku. Ludzie starają się latami, przeżywają poronienia, a ja JUŻ uważam się za ofiarę? Odbieram sobie prawo do przeżywania swojego smutku, mój wewnętrzny krytyk umniejsza mi i łaja mnie za uczucie cierpienia. A ciężar wcale od tego nie maleje. 

Nie wiem jeszcze, jak sobie z tym poradzić. Trochę dryfuję na tej fali i zsynchronizowałam emocje z cyklem miesiączkowym: w fazie folikularnej poziom hormonu nadziei wzrasta powoli ale systematycznie, w trakcie owulacji - pełna mobilizacja emocji i czuję się: gotowa do działania, w fazie lutealnej niebezpiecznie wyostrza mi się wewnętrzny radar i zaczynam analizować każdy najmniejszy element samopoczucia, bo może to wczesny objaw ciąży (och, mogłabym sobie wtedy przyznać medal w mindfulness!). Wszystko po to, żeby w okolicy 30. dnia cyklu zobaczyć wynik bety poniżej 0,5 mg i zamrozić się od środka. 

Czasem piszę wiersze, przeważnie na smutno: 


Jestem smutkiem

To czekanie łamie mi serce

Próbuję się cieszyć

Dobrymi wieściami

Sama czekając na swoje


Moje ciało jest moim wrogiem

Zawsze było

(…)

Komentarze

Popularne posty